poniedziałek, 15 lutego 2016

Rozdział 11. Nieznajomy

   Parapet na którym siedziałam był na tyle solidny i wystarczająco szeroki bym mogła na nim usiąść. Jak tylko zaczęło padać od razu podeszłam do okna, żeby lepiej widzieć krople deszczu bijące o szybę. Z początku były to delikatne, nieregularne uderzenia, które po chwili nabrały swojego rytmu, robiąc przy tym przyjemny hałas. Nie wiedzieć czemu nagle zaczęłam się uśmiechać i od razu w mojej głowie pojawiło się pytanie, czy mam ku temu jakieś powody? Patrząc na coraz to większe kałuże, zastanawiałam się nad tym. Oparłam głowę o ścianę i na sekundę zamknęłam oczy. Gdy z powrotem je otworzyłam w moich oczach pojawiły się łzy, a po uśmiechu nie było już śladu.
 - Jess? - Usłyszałam cichy szept, wchodzącej do pokoju osoby. Szybko zasłoniłam twarz, by pozbyć się pojedynczej łzy, która właśnie teraz musiała się wydostać z mojego oka. Odwróciłam głowę, zmuszając się do delikatnego uśmiechu. Rose odwzajemniła mój gest, po czym zakładając ręce na piersi podeszła do mnie wolnym krokiem. Usiadła po drugiej stronie parapetu i odwróciła głowę w stronę szyby.
 - Coś się stało? - Spytałam w końcu, bo nie mogłam już wytrzymać tej ciszy. Popatrzyła na mnie, wzruszając ramionami.
 - Nie mogłam już ich słuchać - odezwała się, kiwając głową na drzwi.
 - Znowu się kłócą - westchnęłam.
   Od kilku dni atmosfera w domu zrobiła się tak napięta, że trudno było w nim wytrzymać. Ciągle wybuchały jakieś kłótnie, a najbardziej wkurzało mnie to, że wszyscy trzymają mnie od nich z daleka. Początkowo nawet się cieszyłam, że nie muszę brać w nich udziału, ale powoli robiło się to irytujące. Miałam wrażenie, że jako jedyna nie wiem co tak naprawdę się wokół nas dzieje.
   Zerknęłam kątem oka na Rose, myśląc że może warto wykorzystać okazję. Zastanawiałam się jak bym mogła zacząć rozmowę, bo nie chciałam walić tak prosto z mostu, choć właściwie tak by było chyba najlepiej. Gdy już ułożyłam sobie wszystko w głowie i byłam gotowa do ataku, Rose zaczęła się dziwnie zachowywać. Pochyliła się bardziej do szyby mrużąc oczy jednocześnie zdejmując jedną nogę z parapetu. Zdezorientowana podążyłam za jej wzrokiem, ale niczego interesującego nie widziałam.
 - Siedź tu, ok? - Rzuciła, zeskakując z parapetu i nawet na mnie nie patrząc. - Chyba widziałam kogoś na zewnątrz - dodała na odchodnym. Nie miałam zamiaru tak siedzieć bezczynnie i czekać nie wiadomo na co, dlatego zdecydowałam się za nią pójść.
   Schodząc pospiesznie po schodach słyszałam podniesione głosy dochodzące z salonu, ale zignorowałam je. Otworzyłam na oścież drzwi wyjściowe i od razu przywitał mnie powiew chłodnego wiatru oraz krople deszczu. Z założonymi rękami na piersi wyszłam na zewnątrz, patrząc na wszystkie strony w poszukiwaniu Rose. Z każdym kolejnym krokiem było mi coraz zimniej i zaczynałam żałować, że nie wzięłam ze sobą żadnej bluzy.
 - Rose! - Krzyknęłam, stojąc w miejscu i pocierając ramiona dłońmi. Było mi już tak zimno, że miałam problem z dalszym poruszaniem się. - Rose! Gdzie jesteś?! - Z trudem stawiałam kolejne kroki i miałam się już poddać, gdy nagle zobaczyłam coś wśród drzew kilka metrów dalej. Nie byłam do końca pewna czy to był człowiek czy może jakieś zwierzę, bo mgła utrudniała mi widzenie.
 - Widziałaś go? - Usłyszałam Rose, ale moje oczy nie mogły jej znaleźć. - Nie wiem kto to był, ale na pewno jest szybki - wydyszała, pojawiając się nagle obok mnie. Podparła się ręką o moje ramię, a drugą pokazała w stronę uciekającego.
   Wróciłyśmy do domu, w który ciągle panowała ostra wymiana zdań. Wszyscy byli nią tak pochłonięci, że nie zauważyli naszego krótkiego zniknięcia. W normalnych okolicznościach może bym nawet się tym przejęła, ale w tej chwili nie miało to dla mnie znaczenia. W moim życiu od jakiegoś czasu nic nie jest już normalne i z każdym następnym dniem traciłam nadzieję, że to się zmieni.
 - Masz ochotę się trochę przejść? - Spytała Rose, gdy byłyśmy już na szczycie schodów. Popatrzyłam na nią pytająco, marszcząc brwi. - Może znajdziemy coś wartego uwagi - dodała, wchodząc do pokoju, w którym przed paroma minutami siedziałyśmy. Od razu podeszła do okna i opierając dłonie o parapet zerkała przez szybę, kręcą głową na wszystkie strony.
 - Nie zauważyłaś jaka jest pogoda? - Nie patrząc na nią dłużej, stanęłam przed łóżkiem i sięgnęłam po bluzę, która miała mi posłużyć za ręcznik. Wytarłam nią włosy, z których kapały drobne krople wody na podłogę, marząc o długiej kąpieli w wannie pełnej ciepłej wody. Warunki panujące w tym domu niestety nie dawały szansy na takie przyjemności. Musiałam się zadowolić tym co było i cieszyć, że przynajmniej mam czym rano przemyć twarz.
   I tym razem udało nam się wyjść z domu niezauważone. Poszłyśmy w tą samą stronę, w którą niedawno biegł nieznajomy. Wiatr już się trochę uspokoił, ale deszcz ciągle padał na tyle mocno, że kaptur bardzo szybko okazał się zbędny. Szłam tuż za Rose i przez cały czas wydawało mi się jakby ktoś za nami szedł, ale gdy się odwracałam nikogo nie widziałam. Przypomniało mi się jak byłam śledzona przez osobę, którą niedawno temu pocałowałam i z którą całkiem nieźle się dogadywałam.
   Nagle usłyszałam trzask łamiącej się gałęzi. Odwróciłam gwałtownie głowę w tym samym czasie co Rose i ze zmrużonymi oczami wypatrywałam coś podejrzanego. W myślach powtarzałam sobie, że to tylko jakieś zwierzę, w końcu jesteśmy w środku lasu.
 - Rozdzielmy się - szepnęła Rose, nie przestając się rozglądać.
   Byłam tak niesamowicie wkurzona, że kompletnie zapomniałam o strachu. Nie zwracałam już żadnej uwagi na otaczające mnie dźwięki. Szłam po prostu przed siebie, dłońmi torując sobie drogę przez wyjątkowo gęste krzaki. Niektórych nie udało mi się ominąć, przez co zahaczały o moją twarz, zostawiając na niej zadrapania. Nie chciałabym się teraz zobaczyć w lustrze. Ubranie miałam już całe przemoczone, w butach pełno błota, z twarzy kapały mi krople deszczu, a teraz jeszcze doszła krew. Zatrzymałam się na chwilę, żeby odgarnąć włosy z oczu, po czym ruszyłam dalej. Kilka metrów dalej jakieś zwierzę przebiegło między drzewami, co prawda nie widziałam czy to faktycznie było zwierzę, ale właśnie tak wolałam myśleć. Starałam się nie rozglądać, bo wtedy mogłabym nabrać innych podejrzeń, a panika w tej sytuacji nie była wskazana.
   Nie miałam przy sobie żadnego sprzętu, które wskazywał by godzinę, więc nie miałam pojęcia jak długo już tak łaziłam. Nogi zaczęły mnie już boleć, dlatego zatrzymałam się przy najbliższym drzewie. Oparłam się o nie plecami, a chwilę później już siedziałam na mokrych liściach. Przetarłam dłońmi oczy, przerażona ich wyglądem.
   Mam już dosyć tego cholernego lasu, pomyślałam, bojąc się z jakiegoś powodu wypowiedzieć te słowa na głos.
   Posiedziałam tak jeszcze chwilę, żeby nabrać siły na dalszą wędrówkę. Gdy stanęłam na nogach usłyszałam za sobą szelest liści, jakby ktoś szedł w moim kierunku. Schowałam się za drzewem, kładąc dłonie na konarze i powoli zaczęłam wychylać głowę. Zmrużyłam oczy i dopiero po chwili zobaczyłam zarys czyjejś postaci. Serce zaczęło mi szybciej bić, a w głowie pojawił się jasny komunikat: UCIEKAJ! Sparaliżowana strachem nie mogłam się ruszyć, więc czekałam. Była coraz bliżej i z pewnością nie była to Rose. Ten ktoś był zdecydowanie za wysoki. To musi być ten facet, którego widziała Rose. Był już na tyle blisko, że musiałam się ukryć. Zdawałam sobie sprawę, że chowanie się za drzewem nie da mi stu procentowej ochrony, ale nie miałam innej możliwości. Uciekanie niestety nie wchodziło w grę.
   Czułam, że stoi tuż za mną, że jest na wyciągnięcie ręki. Dzielił nas tylko wysoki pień, który mógł obejść jednym krokiem. Zamknęłam oczy, opierając głowę o konar i modląc się by to wszystko okazało się tylko snem. Zamarłam, gdy poczułam na dłoni jego delikatny dotyk. Przez chwilę myślałam, że to Niall i już miałam się odwrócić by dać mu w twarz, że mnie tak wystraszył, ale w ostatniej chwili uświadomiłam sobie, że on nie byłby do czegoś takiego zdolny. Zaczęłam się trząść i nie wiem czy to ze strachu czy z zimna.
   Nie mogę tak stać i nic nie robić. Szkoda, że nie mam przy sobie pistoletu.
   Przeraziła mnie ta myśl. Kiedy uczyłam się strzelać byłam pewna, że nie będę wstanie kogoś zabić, a teraz gdybym miałam taką możliwość bez zastanowienia strzeliłabym do tego człowieka.
   Nie myśląc za dużo zaczęłam uciekać. Nie wiedziałam czy biegnie za mną i nie odwracałam się by to sprawdzić. Przedzierałam się przez gęste krzaki, które nie łamały się, tylko uderzały o moją twarz. Wylądowałam na czworakach, ale natychmiast się podniosłam i biegłam dalej. Starałam się nie robić za wiele hałasu. Było ciemno i tak naprawdę nie wiedziałam dokąd mnie nogi zaprowadzą. Najważniejsze było to by uciec nieznajomemu, choć nie miałam pewności, że mnie goni. W pewnym momencie moje ciało odmówiło posłuszeństwa i zatrzymało się. Oparłam dłonie na kolanach, próbując uspokoić przyspieszony oddech. Zaczerpnęłam świeżego powietrza, uzmysławiając sobie, że przestało w końcu padać. Szelest liści sprawił, że wyprostowałam się gwałtownie. Odwracałam się na wszystkie strony, ale nikogo nie widziałam.
   Chyba sobie poszedł.
   Upewniwszy się, że nikt już za mną nie idzie ruszyłam przed siebie. Gdy zobaczyłam światła palące się w domu na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Na mój widok James jako pierwszy do mnie podszedł, wpatrując się intensywnie w miejsce, z którego właśnie wyszłam.
 - Gdzie jest Rose?! - Krzyknął, patrząc mi w oczy. Na twarzy miał wymalowany gniew, a dłonie zaciśnięte w pięść.
 - Nie wiem - wyszeptałam, cofając się do tyłu. - Poszłyśmy do lasu, bo Rose zobaczyła wcześniej jakiegoś faceta przez okna. Przez chwilę szłyśmy razem, ale potem się rozdzieliłyśmy - wytłumaczyłam równie cicho. Niall położył dłoń na ramieniu kolegi, by go uspokoić, ale nie wiele to dało.
 - Zostawiłaś ją samą?! Jak mogłaś! - Chciałam powiedzieć, że to ona zostawiła mnie, ale już nie zdążyłam. Pobiegł w las, krzycząc imię swojej dziewczyny, a Niall tuż za nim.
 - No nareszcie! Gdzieś ty była?! - Tata zbiegał ze schodów i w mgnieniu oka pojawił się przy moim boku. Objął mnie ramieniem, całując w czubek głowy. Chciał się mu wyrwać i pobiec za chłopakami, ale za mocno mnie trzymał.
   Pytali, więc opowiedziałam co tam robiłyśmy i wytłumaczyłam dlaczego jestem tak podrapana. Z kubkiem gorącej herbaty w dłoniach obserwowałam zachowanie taty i Willa. Pierwszy zachowywał się tak jakby chciał dać mi szlaban. Gdy na mnie patrzył czułam się jak pięciolatka, która zrobiła coś złego. Przypomniałam sobie jak po raz pierwszy tak na mnie spojrzał. Miałam wtedy osiem może dziewięć lat i bez pytania weszłam do jego gabinetu. Odkąd pamiętam oboje z mamą powtarzali mi, że nie mogę tam wchodzić, że to jest taty gabinet i nic tam dla mnie nie ma. Oczywiście jak to dziecko byłam strasznie ciekawa i próbowałam się tam jakoś dostać, ale drzwi były przeważnie zamknięte. Pewnego dnia, gdy tata rozmawiał na zewnątrz z listonoszem zauważyłam, że drzwi są lekko uchylone, więc wykorzystałam okazję i weszłam do środka. Zaczęłam się rozglądać, wszędzie było pełno szarości, na podłodze i biurku walało się pełno papierów, szuflady były pootwierane, a w jednej było coś co przykuło moją uwagę. Podeszłam bliżej, chciałam wziąć to do ręki, ale w tej chwili pojawił się tata i od razu wiedziałam, że był zły. Długo nie miała pojęcia co chował w swoim gabinecie, dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że to pistolet. Teraz patrzył na mnie dokładnie w ten sam sposób. Natomiast Will palił te swoje papierosy i w ogóle się nie przejął moją opowieścią, pewnie nawet mi nie uwierzył.
   Siedziałam na tragicznie wyglądającej werandzie i czekałam. Ciemność uniemożliwiała mi dobre widzenie. Z nerwów zaczął boleć mnie żołądek, a oddech przyspieszał za każdym razem, gdy wydawało mi się, że coś słyszę. Prostowałam się na każdy, choć najmniejszy dźwięk. Bałam się, że coś im się stało, bo tak długo nie wracali. Kiedy po godzinie, która była dla mnie wiecznością zobaczyłam jak całą trójka zbliża się do domu kamień spadł mi z serca.
 - Szukałam cię - zaczęła Rose, podchodząc do mnie. - Spotkałam tego typa, ale był odwrócony plecami - powiedziała do wszystkich.
 - Czemu nic nam nie powiedziałyście? - Wtrącił James, patrząc raz na mnie, a raz na Rose. Dziewczyna wzruszyła ramionami i stanęła obok mnie.
 - Poszlibyśmy z wami, nie możecie tak późno same chodzić po lesie - dodał Niall, patrząc głównie na mnie.
 - Następnym razem mówcie, że gdzieś wychodzicie - James podszedł do Rose i objął ją ramieniem, a ona wtuliła twarz w jego tors.
 - Dobrze tato - mruknęła, przewracając oczami. Pocałował ją w czoło, po czym oboje weszli do domu.
 - Co ci się stało? - Spytał Niall, pokazując dłonią na mój policzek. Odruchowo sięgnęłam do niego ręką, przejechałam palcem po jednym z wielu zadrapań i lekko się skrzywiłam. Chciałam mu odpowiedzieć jak do tego doszło, ale nie dał mi tej szansy. Nim ułożyłam sobie zdanie w głowie, on już stał przede mną. Uniósł rękę i koniuszkiem palców przejechał po ranie. - Trzeba zdezynfekować, by nie wdało się jakieś zakażenie czy coś - powiedział, patrząc mi w oczy.
 - To nic poważnego - wyszeptałam.
 - Każda rana jest poważna.
 - Najpoważniejsze są te, których nie widać gołym okiem.
 - Masz takie?
 - Jeszcze nie, a ty?
 - Już nie - uśmiechnął się i był to najpiękniejszy uśmiech jaki kiedykolwiek widziałam.
   Poczułam rozczarowanie, kiedy zamiast mnie pocałować, a naprawdę na to liczyłam, wziął mnie za rękę jak małą dziewczynkę i pociągną za sobą do domu. W tym momencie dotarło do mnie, że muszę sobie dać z nim spokój, póki nie jest za późno. Niepostrzeżenie przeszliśmy przez wielki salon, kierując się w stronę schodów. Weszliśmy na górę, gdzie nadszedł czas rozstania. Staliśmy przez chwilę w milczeniu, patrząc sobie w oczy.
 - Idę spać - odezwałam się, bo ta cisza, która wytworzyła się między nami, nagle stała się nie do zniesienia. Puścił moją dłoń, a ja pożałowałam swoich słów. Cudownie było czuć jego dotyk.
   Idiotka, odezwał się mój głos wewnętrzny.
 - Śpij dobrze - szepnął, po czym dał mi buziaka w policzek i zaraz po tym sobie poszedł.
 - Jestem idiotką - powiedziałam do siebie najciszej jak mogłam, wchodząc do pokoju. Cieszyłam się, że ten dzień dobiega już końca.
__________________________________________________________________________________

   Ten rozdział chyba pisał mi się najlepiej, więc mam nadzieję, że Wam się spodoba, bo jeśli nie to zacznę wątpić w swój "talent" :)
   Pod ostatnim postem stało się coś bardzo dziwnego. W ciągu tych kilku dni nabił ponad 400 wyświetleń i ja nie wiem czy to z powodu jakieś awarii czy faktycznie aż tyle Was tu było. Związku z tym chciałabym Was poprosić, żeby każdy kto przeczyta rozdział pozostawił po sobie jakiś ślad. Nie musi to być nie wiadomo jakiej długości komentarz, wystarczy jedno słowo, uśmiech lub kropka, cokolwiek bym wiedziała ile Was jest. Z góry dziękuję :D
   Kolejnego rozdziału spodziewajcie się dokładnie 29 lutego.

   PS. Przepraszam za błędy i wszystkie przecinki postawione w niewłaściwym miejscu. Obawiam się, że nigdy nie uda mi się opanować tego w stu procentach xd

2 komentarze :

  1. Widzę, że rozdziały rzeczywiście są dłuższe. Bardzo mi się to podoba :) To opowiadanie tak przyjemnie się czyta, od początku do końca nie można się oderwać. Lubię styl pisania Autorki - niby nic nadzwyczajnego, ale ma swój urok. Interpunkcja wcale nie jest taka prosta, ale na moje oko nie jest źle :) Jeśli chodzi o rozdział, to pojawia się nowy wątek - jakiś nieznajomy mężczyzna. Bardzo dobrze, bo znowu mamy zagadkę, dzięki czemu opowiadanie jest jeszcze ciekawsze. I jeszcze raz gratuluję systematyczności! :)
    stopkatkaa

    OdpowiedzUsuń
  2. Genialny! Zastanawiałaś się czy pisać na wattpadzie?

    OdpowiedzUsuń

Szablon by S1K